UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Recenzje»RECENZJA: Theodor – "Pierwsze Demo"

RECENZJA: Theodor – "Pierwsze Demo"


piątek, 17 kwiecień 2015 17:45


Informacje o albumie

  • Data Premiery: 20.04
  • Wytwórnia: 3/4 UDGS

Jeden z najstarszych debiutantów na scenie (nie licząc epizodu sprzed 7 lat). W wieku prawie 29 lat postanowił w końcu postawić kropkę nad „i" w swojej działalności muzycznej. Wydaje album, którego poziom pozostanie dla większości nowicjuszy poza wszelkim zasięgiem, zachowując przy tym undergroundowy sznyt, który przez te 13 lat ukształtował go jako hip-hopowca, w pełnym tego słowa znaczeniu. W dodatku ma tupet – pierwszą płytę określa jako „demo", choć nawet wielu MC's obecnych na scenie od lat może pozazdrościć mu takiego bagażu doświadczeń w czasie wydawania debiutu.

Theodor nie kombinował. „Pierwsze Demo" to album stworzony bez konkretnej konwencji, bez podpinania ideologii, bez wcześniej ustalonego konceptu. Choć właściwie umieszczenie na albumie numerów podsumowujących swoją artystyczną działalność, będących również zbiorem własnych przemyśleń i doświadczeń, można nazwać pewnym zamysłem, banalnym, ale wciąż zamysłem. I w tej banalności warszawski raper jest unikatem. Czy miarą prawdziwego artysty musi być umiejętność tworzenia rzeczy nowatorskich? Przecież można zabrać się za już dawno istniejące standardy, oklepaną z każdej strony tematykę, wykonując całość jednak niebanalnie, w sposób ciekawy, wciągający. Pewnie. I zdaje się, że taką umiejętność Theodor posiadł, choć może jest to pewnego rodzaju pójście na skróty, tym bardziej, że prawie połowa numerów krążyła po sieci już pewien czas. W przypadku „Odpowiedzialności", „Wolności" czy „Ja", są to nawet 3 lata. Oczywiście odświeżone zostały bity, które z kradzionych zamieniono na własne, autorskie. Mimo tego słuchacze mają prawo  czuć się trochę oszukani. I nie tylko słuchacze. Recenzenci też.

Theodor nie kombinował również jeśli chodzi o produkcje, w dużej mierze minimalistyczne, klasyczne, których zadaniem jest stworzenie odpowiedniego tła dla nawijki, nie bycie na pierwszym planie. Być może to też w pewien sposób znamienne dla pierwszych długogrających albumów, choć przeważnie w takich przypadkach jest to zwyczajna nieumiejętność doboru odpowiedniej muzyki, tymczasem tutaj Theodor działa jak najbardziej umyślnie. Nie porywa się w nieznane, raczej wykorzystuje wydeptane ścieżki, ale co za tym idzie - tak dobrze przez siebie znane. I od razu łatwiej o melodyjne refreny, o które zadbali niezawodni w tej materii, m.in.: Flow, Kuba Knap, Gruby Józek i Lilu. Theo również próbuje, co wychodzi różnie, bo dość przyjemnie w „Niedzieli",  a drażniąco w „Łańcuchu". Mimo wszystko, refreny to jedna z mocniejszych stron „Pierwszego Dema".

Jak to bywa zazwyczaj w przypadku płyt podsumowujących pewne etapy w życiu twórcy również tematycznie zaskakująco nie jest, choć raperowi raz udaje się złamać konwenanse w tej kwestii – „Moja Warszawa" to chyba jeden z najbardziej apolitycznych, patriotycznych utworów o stolicy i jej historii, szczery, bez zbędnego patosu i martyrologii. Theodor, choć pewnie nie musi, przedstawia się w „Takim jak ja", „Ja" oraz w „CV", obnaża w „Ciszy" i „Niedzieli", nawija o niezależności, samorealizacji i, rzecz jasna, o hip-hopie, w innych numerach. Mimo tego jego rap to sprawnie nakręcona pozytywka. Bity wykorzystał tak, że lepiej się chyba nie da – bawiąc się rytmiką w świetnym „Goodbye" (również dzięki Monice Dąbrowskiej), czy rapując przez cały numer jednym rymem w „I O E" (i każdy nie do przewidzenia).

Kunszt Theodora na „Pierwszym Demie" to przede wszystkim wyczucie smaku. Były reprezentant Alkopoligamii dobrze wie jak wyważyć emocje, jak umiejętnie je dawkować. Nawet przy okazji bardziej emocjonalnych momentów nie rozstaje się z tym aspektem rapu, który zdążył wypracować sobie niemal do perfekcji, czyli z techniką. W dodatku jest uparty. Mimo pewnych problemów z dykcją słowa w wersach ścielą się maksymalnie gęsto, co jednak bardzo rzadko przekłada się na trudność ze zrozumieniem pojedynczych słów. Zastanawiać może podejście rapera do wydawanego krążka, ustalmy jasno, bardzo przyzwoitego krążka, który jednak aż prosi się o umieszczenie na nim numerów bardziej aktualnych – takich, które prezentowałyby rzeczywistą formę rapera. Trudno przecież uwierzyć, że ktoś, kogo potencjał można umieścić przy tabliczce z hasłem „1. liga" przez 3 lata nie zmienia się w ogóle, ani światopoglądowo, ani pod względem artystycznym. Od jednego z najlepiej wyszkolonych technicznie raperów w kraju można wymagać więcej konsekwencji, a życzyć mniej opieszałości.

OCENA – 7,5



Komentarze