UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Felietony»FELIETON: Pokolenie „Like"/"Unlike"

FELIETON: Pokolenie „Like"/"Unlike"


piątek, 21 listopad 2014 01:00


W dobie „internetów" każdy może być każdym. Przybieramy różne twarze w zależności od sytuacji w jakiej się znajdujemy. Wszystko w hołdzie jednej zasadzie, a raczej możliwości – „tabula rasa". W sieci od początku zapisujemy swoją „czystą kartę", bez względu na doświadczenia w realnym życiu. Możemy być kim tylko chcemy bez ujawniania swojego prawdziwego „ja", więc swoboda w działaniu i odwaga są naturalnie większe.

A właściwie - MOŻECIE. Od czasów kiedy przestało mnie jarać randkowanie na chatach
z dziewczętami z drugiego końca Polski, przestałem rozszczepiać się na kilka części i żyję w tej jednej rzeczywistości, łączącej w sobie i realny, i wirtualny świat. Raczej. I nie, nie jest to próba porównania kogoś do pulchnego internetowego trolla (którego cząstkę, paradoksalnie, każdy w sobie ma). Rozumiem, jest wiele czynników: brak akceptacji w środowisku, kompleksy lub po prostu nuda. Wszyscy znamy kogoś, kto bezmyślnie próbuje udowodnić, że zna się na wszystkim, szczególnie w internecie. Czasami jednak każdy z nas nadużywa jednego z największych przywilejów człowieka, jakim jest wyrażanie własnego zdania (tak, da się). Parafrazując Koterskiego – wszyscy jesteśmy krytykami. Jednak w tym przypadku to nie my cierpimy za grzechy innych.

Wykładowcy na studiach dziennikarskich jak mantrę powtarzają, że krytyk nie jest dziś kimś niezbędnym. Oczywiście w formie przestrogi, zachęty. Mimo wszystko jest to wciąż potrzebna rola, chociaż odbiorcy mogą nie zdawać sobie z tego sprawy. Krytykiem jest każdy, kto komentuje filmy i muzykę, klika „like", „unlike" i ilość gwiazdek w zależności od tego jak bardzo podoba lub nie podoba mu się dane dzieło. Albo „dzieło". Nie trzeba nawet kształcić się w tej dziedzinie, posiadać jakiejkolwiek wiedzy. Każdy post trafi do adresata bez filtru treści. Przed erą internetu istniał inny model recenzenta. Gwarantami rzetelnego komentarza były tysiące przesłuchanych płyt lub analogicznie – obejrzanych filmów, przeczytanych książek. Kogo to obchodzi teraz? Nikogo. Nawet mnie. Albo inaczej – obchodzi, ale dziś nikt nie wymaga od krytyka posiadania w małym palcu wiedzy na dany temat. Przestał być on autorytetem, trochę na własne życzenie, trochę nie mając wpływu na rozwijające się nowe media i spłycenie swojej funkcji.

Mylimy wolność słowa z możliwością do oceny zawsze i wszędzie. Gdzieś to się zatarło. Oburzają nas riposty „Nie znasz się, nie komentuj", „Sam potrafisz lepiej?". A przecież to trochę racja. „Nie znasz się, nie komentuj". Prawo do swobodnej wypowiedzi to naprawdę ważna instytucja, ale czasem mam wrażenie, że nie powinna przysługiwać każdemu. Trzeba pomyśleć na jakimiś restrykcjami. Nie ja, rządzący. Ale tak, Strasburg, Helsinki i jeszcze inne miasta by zadrżały. Czasem lepiej podążać za zasadą „chujowe, nie słuchałem", jeśli naprawdę chujowe i słuchać nie chcę. Ale wtedy nie komentuję, nie psuję odbioru tym, którzy chcą się w tym taplać, proszę bardzo. Oceniajmy, ale argumentujmy. Ot co.

Może to trochę autodiss, ale poważnie, czasem nie czuję się kompetentny, by dyktować warunki profesjonaliście. Bo wers słaby, bo bit harczy, bo wokal za cicho. Ale ktoś musi. Tylko błagam, nie róbmy tego wszyscy. I dystans, dystans, liczy się dystans. Bo jak nawija Łona „od chujowych zwrotek jeszcze nikt nie umarł", ale od komentarzy - kto wie. Zdarzają się wrażliwcy.



Komentarze