UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Wywiady»ŚWINIA: "Daleko mi od stwierdzenia, że rap jest dziwką, która nic Ci nie da"

ŚWINIA: "Daleko mi od stwierdzenia, że rap jest dziwką, która nic Ci nie da"


piątek, 05 czerwiec 2015 13:00


 

M. - Zacznę trochę z drugiej strony, więc jest szansa, że mi odpowiesz. Tak na rozgrzewkę. Kiedy płyta? Nie przepadasz za tym pytaniem, co?

Ś. -  Nie, że nie przepadam - miło, że ktoś o mnie pamięta. Mam jednak wrażenie, że duża część sceny hołduje nagrywaniu na szybko i o niczym. Dużo płyt powstaje jako kolejny produkt z wielkim zapleczem marketingowym, a wszystko kosztem jakości i treści. Oczywiście, są raperzy (czy ogólnie, muzycy) bardzo płodni i taki zabieg wychodzi zdecydowanie na plus. Niemniej jednak, w moim przypadku i na ten moment, kompletnie nie zdaje to egzaminu. Do płyty długogrającej podchodzę bardzo emocjonalnie. Jeżeli już bawię się w rapowanie i sprawia mi to dużą frajdę (a sprawia), chciałbym, żeby efekty mojej zajawki były maksymalnie dobre. Liczy się przede wszystkim jakość, a nie ilość - i w ten sposób chciałbym robić muzykę. Staram się być perfekcjonistą (oczywiście zachowując przy tym zdrowy rozsądek). Druga strona medalu to mój rytm "pracy". Na rapowanie - jeżeli już rapuję - poświęcam dużą ilość wolnego czasu. Pomijając muzykę, żyję jak żyje każdy mój ziomek - studiuję, pracuję, mam swoje prywatne życie, staram się rozwijać inne zainteresowania. Wszystko to zabiera sporą ilość czasu, a niejeden raz zdarzyło mi się przez nawijanie zaniedbać pozostałe sprawy. Zrobienie płyty wymaga czasu, pomysłu, przemyślenia. Kiedy? Nie mam pojęcia. Uderzę z grubej rury, jak wszyscy już o mnie zapomną.

Wiadomo, że nie na szybko i nie o niczym. Ale wiesz, może to ta presja, mają przecież słuchaczy, którzy by im nie darowali chociaż jednej płyty rocznie. Ty chyba też już powoli dochodzisz do tego etapu. Ludzie się przywiązują, a w tym przypadku stwierdzenie, że rap już za 2 lata może Cię nie bawić - wiesz jak może zostać odebrane w ich oczach. To już pewna odpowiedzialność. Wpadłeś po uszy.

Nie przesadzajmy. Owszem, „Demo" zatoczyło o wiele szersze koło, niż moglibyśmy się spodziewać, niemniej jednak nadal jest to dość skromna nisza. A słuchacz jest różny. Dobrze, gdy jest wymagający, a i przecież mu się należy i to nie podlega dyskusji. Z drugiej jednak strony, żeby wymagania mogły zostać spełnione, trzeba uzbroić się w cierpliwość. To tak jak z obiadem. Możesz poświęcić pół godziny na przygotowanie szamy - będzie smaczna, z pewnością zaspokoi Twój głód. Ale samo żarcie dla zaspokojenia głodu to nie wszystko. Postaraj się, pokombinuj, posiedź przy garach pół dnia, a zjesz po królewsku.
Co do odpowiedzialności - trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym, ale też kiedy zwolnić miejsce i stanąć obok. Myślę, że to też swego rodzaju odpowiedzialność.

Moje pytanie to kwestia tego, że słuchając "Demo EP", można odnieść wrażenie, że nie zależy Ci na łatce rapera, podobnie jak nie zależy pewnemu MC znajdującemu się na emigracji - pewnie wiesz o kim mowa.

Bo nie zależy. Daleko mi od stwierdzenia, że rap jest dziwką, która nic Ci nie da. Wręcz przeciwnie, daje dużo - i nie chodzi mi tu o hajs mainstream'owych raperów. I równie daleko mi do bycia raperem - i nie mówię tego, bo fajnie to brzmi albo zajebiście być takim złym, wkurwionym buntownikiem z podziemia, po prostu nie czuję się raperem. Owszem, nagrywam, piszę teksty, czasem zagram na żywo. Ale mentalnie - kompletnie się raperem nie czuję. A Laik król, wiadomo. "Nie chcę kurwa żyć z rapu, żyję nim - styknie". Przepuścisz ten wers przez sito i masz moje teraźniejsze zdanie na ten temat.

A jakbyś dostał taką szansę? Podobno nie ma nic lepszego niż zarabianie na tym, co lubi się robić. Już bez patosu, że kocha.

Wiadomo, że gdybym dostał możliwość wydania legalnej płyty i przy okazji zarobienia na tym mniejszej lub większej sumy, zgodziłbym się bez mrugnięcia okiem (oczywiście pod warunkiem, że byłby to materiał wart takiego wydawnictwa). Co do zrobienia sobie pracy z hobby - wiesz, to ciężki kawałek chleba (przynajmniej tak mi się wydaje). Z jednej strony - świetna sprawa! Nagrywki, koncerty, klipy - wszystko to wydaje się spełnieniem marzeń, na które czeka każda hip-hopowa głowa. Z drugiej strony... Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której MUSZĘ nagrać płytę. Poza tym, chyba dobrze mieć na boku jakieś zajęcie, które sprowadza Cię na ziemię. Muzyka to niepewna branża, a ja lubię mieć świadomość pewnej stabilności i bezpieczeństwa. "Piszę tylko teksty do bitów" - i myślę, że moja swoboda nagrywania, czy też nienagrywania, pozwala mi wycisnąć z tego jak najwięcej. Obawiam się, że jej brak, podsycany dodatkowo ciśnieniem i presją, nie wpłynąłby na mnie pozytywnie. W dużej mierze uzależniam rap od mojego życia, ale nigdy nie chciałbym uzależnić życia od rapu.

Przy potencjalnym nowym krążku zamierzasz kontynuować współpracę z 3/4 Underground Studio? Trzeba przyznać, że działają coraz prężniej.

Myślę, że tak. Dogadujemy sie całkiem dobrze. Oni starają się pomóc od strony technicznej. Sama wytwórnia to, tak jak wspominałeś, dosyć prężnie rozwijająca się maszyna, więc jeżeli tylko mogę pomóc im w jakiś sposób, robię to z przyjemnością. Miło jest patrzeć na zasłużony sukces kolegów. Wicher z Alienem wyciągnęli do mnie rękę i czuję się zobligowany do swego rodzaju lojalności. Poza tym, żadna inna wytwórnia nie odezwała się z żadną propozycją, a i ja nie mam zamiaru szukać potencjalnego wydawcy - nie ma takiej potrzeby. Jestem zadowolony z naszej współpracy, która i tak przekroczyła moje oczekiwania.

To opowiedz może o tym spotkaniu z Fawolą. Wynikło coś konkretnego? Myślisz, że możecie razem stworzyć duet w pełnym tego słowa znaczeniu? Jak Ras i Ment chociażby?

Nic konkretnego. Większość spraw organizacyjnych (jeżeli już takie są) dogrywamy przez internet, jak już widzimy się faec2face, to zazwyczaj gadamy o wszystkim i niczym. Co do duetu... Przyszłość pokaże, historia oceni - mam nadzieję, że już wkrótce. Wiem natomiast, że wiele Fawoli zawdzięczam, i że jest pewien klimat, w którym jak Zeus - nie ma On sobie równych. Zresztą - to bardzo utalentowany i wszechstronny producent, w czym kilka razy zdołał mnie już utwierdzić. Poza tym, ziomkujemy się i obu nam zależy na wspólnie robionej muzyce, co za tym idzie - mogę liczyć na jego najlepsze produkcje i zaangażowanie, a to dla mnie niezmierne ważne w robieniu muzyki.

Nawijasz, że 3/4 sceny to nic ciekawego. Uważasz, że cierpimy na przesyt raperów?

Scena jest duża, z roku na rok coraz większa. Wzrasta popularność muzyki hip-hopowej, w efekcie kolejne osoby łapią za długopis i mikrofon. No i fajno! - jak masz zajawkę na rapowanie, to rapuj, w końcu "od chujowej zwrotki jeszcze nikt nie umarł". Martwi mnie natomiast coraz większa rola promocji oraz łatwość, z jaką można wykreować w świadomości słuchacza zajebistego skillowca, który jest tak naprawdę... przeciętny i nudny. A wiele nowych, mocno promowanych rzeczy zlewa mi się w jedną całość - produkcje są oparte na podobnych schematach, wersy nie wnoszą nic ciekawego, a sama muzyka wydaje się bardzo rzemieślnicza. Nie chcę mędrkować, ale takie mam odczucia. Oczywiście jest wiele świetnych projektów, a tych słucham z nieskrywaną przyjemnością. Pewnie kwestia gustu.

No właśnie, bo idąc tym tropem, że promować jest coraz łatwiej, słuchacze mogą też usłyszeć takie projekty jak "Demo EP". A że oprócz kilku wyjątków reszta to często nic interesującego, no cóż. Kiedyś wszystkich dopadnie selekcja naturalna.

Z jednej strony tak, ale wydaje mi się, że ten cały muzyczny marketing zrodził: primo - ludzi, dla których wyższą rangę ma pojawienie się muzyki w mediach/na fanpejdżach raperów z hajpem/w zestawieniu blogera, aniżeli sama muzyka i jej wartość merytoryczna/estetyczna, secundo - natężenie promocji i pompowanie balonika kompletnie nieadekwatne do poziomu prezentowanej muzyki. Promocja jest ważna, owszem, ale nie można zapominać, że jest ona jedynie dodatkiem. Na szczęście, wydaje mi się, że w moim przypadku chłopaki z 3/4 UDGS nie przekroczyli granic dobrego smaku. A te - w czasach wolnych mediów - jest bardzo łatwo złamać.

Zdajesz się być mocno określony w swoich poglądach. W tekstach też czasem dość konkretnie komentujesz pewne sytuacje, np. odnośnie niektórych raperów. Nie są to zaczepki, ale raczej żywe reakcje, niepozbawione emocji czy przekąsu. Wiesz jak w naszym rapie bywa z tym wyrażaniem opinii. Polscy raperzy są zbyt zachowawczy? Scena to trochę towarzystwo wzajemnej adoracji?

Po części tak, ale... Chyba nie chcę tego komentować. Owszem, linijki powstają pod wpływem konkretnych emocji (niekoniecznie złości), czasem lubię po prostu być uszczypliwy czy ironiczny. Nie zazdroszczę raperom ich pozycji czy wyświetleń, chociaż czasem smuci mnie, że moi zdolni, utalentowani koledzy "po fachu" mają nieraz mocno pod górkę, w czasie gdy inni bez trudu handlują słabizną bez ładu i składu. Powoli uczę się i poznaję inne spojrzenia, sytuacje, przez co moje osądy bywają bardziej liberalne, ale... Rap się zmienia, nie tylko muzycznie - wychowałem się pod wpływem różnych ideałów, które dzisiaj - może nieco skostniałe i śmieszne - jednak siedzą gdzieś tam w środku mnie i czasem krzyczą. Zresztą, staram się cieszyć z (małego, bo małego, ale zawsze) sukcesu Taco Hemingwaya (serdecznie pozdrawiam jak coś!), Dwóch Sławów (czy już Dwóch Sław?) w czasie gdy wychodzi kolejna miałka płyta. Zdrowo jest się uśmiechać!

Jesteś jednym z przedstawicieli tego rapu, w którym przede wszystkim stawia się na emocje. Rap musi być trochę ekshibicjonistyczny?

Rap może być jakikolwiek, ważne, żeby wychodził naturalnie. Zresztą, emocje to nie tylko krzyk, ból i cierpienie. Jest także dużo pozytywnych emocji, które nakłaniają do wesołych numerów. Jak z uśmiechem zacinam z buta przez miasto i śmieje się do mnie każda kamienica i chodnik, to nie mam ochoty na smutki. A czy musi? Nie mam pojęcia, czy musi. Ja wybieram balans pomiędzy dwoma biegunami.

Mając na myśli emocje, chodziło też o takie głębsze, wewnętrzne. Raper powinien nawijać o tym, co sam przeżywa? Być "prawdziwym", jak to wielu by określiło?

Nie ma emocji, nie ma rapu. Natomiast samo pojęcie "emocje" może mieć wiele twarzy. Tak samo świetne są wiersze Baczyńskiego (choćby przepełniona smutkiem i rozpaczą "Elegia... [o chłopcu polskim]"), jak i "Karuzela z madonnami" lub "Ach gdyby nawet piec zabrali..." Białoszewskiego czy "Pantofelek" Andrzeja Bursy. I mimo że pierwszy opowiada tragiczną historię z okresu wojny, drugi i trzeci to zabawa lingwistyczna, a czwarty jest świetnie spuentowanym pociskiem, dla mnie mają podobną wartość, mimo że ciężko porównać je na płaszczyźnie merytorycznej. I to jest właśnie istota pisania - prawdziwość. Niekoniecznie musisz nawijać o tym, co Ci się złego przytrafiło - przeżycia mogą przybierać różną formę. Jeżeli masz taką fazę, żeby napisać fajny storytelling, który po prostu zrodził się w Twojej wyobraźni - czemu nie? Ważne, że przeżywasz to na swój sposób i jesteś pewien, że chcesz nawinąć akurat to. Mówię o tym dlatego, że wiele osób jednoznacznie kojarzy "prawdziwość" z opisywaniem konkretnych sytuacji, uczuć, których było się uczestnikiem. A całość należy rozpatrywać nieco szerzej. Grunt to samoświadomość.

Wspomniałeś o Baczyńskim, Bursie, Białoszewskim. Ponoć źle się komuś życzy, mówiąc "obyś żył w ciekawych czasach". Dla artysty to ważne, w jakich czasach tworzy?

Czasem twórczość jest wypadkową różnorakich wpływów ze środowiska, nabytych doświadczeń, poczynionych obserwacji, czasem powstaje w hermetycznie zamkniętym pokoju, do którego nikt i nic nie ma dostępu, bo taka jest tego idea. Koniec końców, czasy, w których żyjemy, kształtują nasz sposób myślenia i wrażliwość (lub jej brak). Niemniej jednak myślę, że sam okres nie jest aż tak ważny. Ważny jest sam artysta.



Komentarze