UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Artykuły»Polski "Kemp" rodzi się w Płocku - relacja z Polish Hip-Hop Festival

Polski "Kemp" rodzi się w Płocku - relacja z Polish Hip-Hop Festival


niedziela, 30 sierpień 2015 11:46


Festiwale. Sezon letni przepełniony jest po brzegi różnymi imprezami, które swoimi atrakcjami co roku przyciągają młodych fanów rapu z całego kraju. Jednym z  takich eventów jest Polish Hip-Hop Festival, który już po raz trzeci zagościł na płockiej, nadwiślańskiej plaży. Naszedł moment, aby z perspektywy czasu rzeczowo opisać tegoroczną edycję.

Całość prowadzili Bonez, Wall-E i niezastąpiony Wujek Samo Zło. Były żarty, był freestyle, było też parę moralizatorskich przemówień ze strony Wall-Ego, na szczęście wszystko odbywało się w luźnej formie i  dopuszczalnych granicach. Pierwszy dzień miał minąć pod znakiem koncertów takich tuz jak Trzeci Wymiar czy DonGURALesko. Trudno było nie zauważyć, że niektóre z występów uderzały szablonowością. Rozpoczynający festiwal Quebonafide, dla kogoś kto już wcześniej widział go na scenie, był odpowiednią okazją aby odwiedzić namiot z piwem lub jeden z punktów gastronomicznych co nie przeszkodziło zgromadzić mu pod sceną dużą rzeszę swoich najwierniejszych fanów. Podobnie rzecz się miała z Paluchem, któremu ewidentnie przeszkadzała wczesna pora występu. Na szczęście schematyczności nie było wiele. Przykładem bez wątpienia był Te-Tris, w słowniku którego nie istnieją takie słowa jak „szablon" czy „rutyna". Ogrom energii i zaangażowania zwróciły się z nawiązką. Publika dała ponieść się emocjom i żywiołowo reagowała na każdy kolejny numer. Podobnie rzecz się miała z KęKę, który swoim radomskim vibem z łatwością poniósł za sobą ludzi. Pierwszego dnia polskie koncerty definitywnie wygrał PRO8L3M. Naturalność i dynamizm Oskara, w kumulacji z brzmieniem Steeza okazały się wybuchową mieszanką nie tylko na płycie, ale także na scenie. Ludzie zgromadzeni pod barierkami, przyzwyczajeni do ugłaskanej formy rodzimych występów, repertuar chłopaków przyjęli z otwartymi ramionami, zdzierając gardła zarówno podczas kawałków z „C30-C39" jak i sławnego „Art Brut".  Po PRO8L3MIE na scenie pojawił się Kuban,  publika dawała ponieść się zmiennej energii na scenie i dzielnie dopingowała jego poczynania sceniczne. Najważniejszym wydarzeniem pierwszego dnia był bez wątpienia występ wariatów z Dope D.O.D., którzy lali w publikę Balantaisa, podróżowali po tłumie na materacu i przede wszystkim dali dowód na to, że ich muzyka nie tylko pasuje do zamkniętych klubów, ale jej siła rażenia potrafi także współgrać z otwartą festiwalową przestrzenią.

DJI 0389

Drugi dzień koncertów opierał się przede wszystkim na trzech ostatnich występach. Wszystko co było wcześniej, wydawało się być zaledwie wprowadzeniem do głównych atrakcji wieczoru. Bonson, W.E.N.A., Mor W.A. czy SB Maffija zagrali rzetelnie, jednak bez emocji i specjalnych urozmaiceń. Godni zapamiętania okazali się Dwa Sławy, którzy wyćwiczyli własną formułę grania i śmiało można uznać ich za ulubieńców publiczności. Mimo to, stosowane przez nich rewindy spotkały się z lekką konsternacją i niezrozumieniem. Jednym z ostatnich koncertów był koncert OSTR-ego. Z oczywistych względów, zgromadził pod sceną największą ilość ludzi. Operacja i powikłania chorobowe spowodowały, że maszyna koncertowa straciła odrobinę paliwa. W tym na szczęście pomogli Kochan i Green. Trudno natomiast stwierdzić, czy opowieści o życiu i rodzinnych wartości można jeszcze traktować poważnie. Dlaczego? Ponieważ nawet młodzi słuchacze, uczący się tekstów na pamięć i wierzący w każde słowo wypowiedziane przez ich idola, nie zasługują na ciągłe powtarzanie komunałów. OSTR nie ma w sobie nic, co powodowałoby w jego stronę agresję, jednak czcza gadanina mimowolnie powodowała ziewanie. Po łodzianinach na scenę wszedł Kontrafakt, który wbrew opinii wielu powierzchownych słuchaczy, miał do zaoferowania znacznie więcej niż „Jebem Na To". Pełno energii i flavoru od naszych południowych sąsiadów podsyciło gorącą już atmosferę. Imprezę zamknął Tede, który... tego samego dnia grał koncert w Warszawie. Głos nie pozwolił mu na skończenie zwrotek, przez co połowę koncertu wspomagał się półplaybackiem. Plusem było skoncentrowanie się na nowej płycie, a odwołanie do starych materiałów ograniczyło się do „Drin Za Drinem". Załamujący się głos nie odrzucił publiki i zostali z raperem do końca.

Tak wyglądały koncerty na głównej scenie. Jednak na festiwalu znajdował się również Red Bull Tour Bus, z własnym line-upem i harmonogramem występów. Odbywały się tu m. in. półfinały i finały „Płockiej Bitwy". Warto wspomnieć o Igorinho, który mimo bardzo młodego wieku pokazał obycie za mikrofonem i dostał się do półfinału, gdzie zmierzył się z Gixem. Pierwsze miejsce w bitwie przypadło Edziowi, który porozstawiał przeciwników po kontach i w dobrej walce finałowej z Czeskim ostatecznie stanął na podium. Oprócz bitwy, na scenie odbyły się showcase Młodych Wilków. Podczas całej imprezy, na scenie Red Bulla leciała muzyka, i tu należą się brawa dla kolektywu DJ's, który według niejednego uczestnika festiwalu  spisał się na medal.

IMG 9088

Choć line-up płockiego eventu można potraktować jako prawdziwe „hall of fame", na Polish Hip-Hop Festival największymi gwiazdami okazali się... organizatorzy. Rozwiązania logistyczne mógłby służyć jako materiał instruktażowy dla wszystkich, którzy chcieliby zajmować się przygotowywaniem rapowych koncertów. W grę wchodzi zarówno punktualność i działanie zgodnie z ustalonym programem, jak i zadbanie o dobre warunki na festiwalowym polu. Duża ilość czystych toi toiów, kranów, nawet ochrona, która starała się nie wchodzić na pierwszy plan. Nie sposób pominąć kwestii ciągu gastronomicznego z bardzo dobrym jedzeniem, jak i pasażu handlowego, gdzie mogli zaspokoić swoje potrzeby wszyscy spragnieni nowych ciuchów czy płyt. Dodatkowym atutem festiwalu były takie akcje jak „Daj Piątaka dla dzieciaka" na rzecz wychowanków domów dziecka i "Dzień dawcy szpiku", gdzie ta druga już na stałe wpisała się w program płockiej imprezy. Czy Polish Hip-Hop Festival to impreza bez wad? Prawie. Niezrozumiałym rozwiązaniem okazały się prysznice, na które bilety dostępne były dopiero od godziny 10. Blokowało to wszystkich, którzy chcieli wyprzedzić kolejki i skorzystać z kabin prysznicowych we wczesnych godzinach porannych. Nie sposób też pominąć fakt, że momentami na backstage'u ilość Vipów, artystów, prasy czy gości była tak duża, że trudno było odróżnić po której stronie barierek aktualnie się stoi. Jest jeszcze jedna kwestia, która także zostawała wspominana  przez niektórych przybyłych, jak na festiwal noszący nazwę „Polish Hip-Hop Festival", zabrakło pozostałych elementów. Mata dla tancerzy czy jam graffiti dopełniłby dzieła i zamknął cały festiwal spójną klamrą. Organizatorzy przyznali nam racje dodając, że to celowy zabieg aby uatrakcyjnić i urozmaicić kolejne edycje o nowe rzeczy. Jednak są to niewielkie minusy, które nie rzutują na całość, a bardziej mogą stanowić skromne wskazówki, jak zrobić to jeszcze lepiej. Polish Hip-Hop Festival ma w sobie coś, co odróżnia go na tle pozostałych imprez w naszym kraju, tym czymś jest klimat unoszący się w powietrzu.  Nie bez powodu pretenduje do miana „polskiego Hip Hop Kempu". Biorąc pod uwagę rozmach, organizację i profesjonalizm, z czystym sumieniem będzie można uznać go za nasz rodzimy „festiwal z atmosferą". Do zobaczenia za rok!

plock vaib



Komentarze