UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Wywiady»WYWIAD: Peja

WYWIAD: Peja


czwartek, 20 listopad 2014 16:45


Nie jestem dziadkiem, który pazurami trzyma się tej sceny
 
Powiedz mi tak osobiście, od którego momentu liczysz swoją obecność w rapie i ile lat Ci wychodzi?
– Można to podzielić na kilka sposobów. Po pierwsze można policzyć od założenia Slums Attack, którego dwudziestolecie obchodziliśmy w zeszłym roku. Po drugie od pierwszych koncertów, a szczególnie od tego, w którym Ice-T wybrał mnie z publiczności i to by było też prawie 20 lat. Można mnie również policzyć od 1996 roku, kiedy to wydałem pierwszą kasetę u Kozaka i też jest prawie dwadzieścia. Innym kryterium liczenia jest też 2001 rok, kiedy była ta cała paranoja z „Blokersami" i „Na legalu?" tzw. wielki boom, był to zdecydowanie moment przełomowy – na zawsze pożegnałem obieg podziemny.
 
Czyli jakby nie patrzeć - dwadzieścia lat. Dlaczego teraz musieliśmy czekać na Twoją solówkę aż pięć lat?
– Ponieważ w ciągu tych pięciu lat zdążyłem nagrać dwa pełnowymiarowe albumy z Decksem jako Slums Attack i wypuścić dwie składanki, więc nie było czasu na Rycha solo, który wydaje krążki raz na jakiś czas w ramach odskoczni od SLU.
 
Rychu nie do końca solo, bo w duecie z White House Records. Dawno powstał pomysł wspólnego albumu?
– Moja współpraca z White House trwa blisko 15 lat, to już kolejne wyliczenia (śmiech). Jest ona konsekwencją mojej znajomości i wspólnej roboty z Magierą. Poznaliśmy się w 2000 roku, nagrałem wtedy feat na płytę Świntucha w studiu White House, które wtedy mieściło się w jego rodzinnym domu. Dom rzeczywiście był koloru białego. Następnie wspólnie pracowaliśmy przy „Na legalu?", bardzo żałuję, że nie poznaliśmy się wcześniej, zmiksowałby nam „I nie zmienia się nic", bo do dziś uważam, że to najgorzej zmiksowana płyta w moim dorobku. Podczas pracy nad tym albumem Camey zmienił mikser - wstawił takie cyfrowe cacko i często znikał ze studia na całe dnie. I my sami musieliśmy go obsługiwać, te suwaki same latają, pierwszy raz widzisz coś takiego na oczy i musisz to opanować. To takie moje dziedzictwo swego rodzaju, czas, w którym samodzielnie robiliśmy rzeczy, o których nie mieliśmy większego pojęcia. Mniej więcej w tym czasie poznałem Magierę.
 
To w którym momencie ta znajomość dojrzała na tyle, by wydać wspólną płytę?
– Jak już mówiłem, współpraca trwa od dawna, co dwa lata odzywałem się do Magiery z kolejnym pomysłem na projekt, wybierałem bity, które on mi podsyłał. Przełomem w tej współpracy było zrobienie kilku bitów więcej przez White House na „Styl Życia G' NOJA" - mój pierwszy solowy album, następne dalsze miksy tracków na kolejne albumy Slums Attack. Tak naprawdę to już na albumie „N.O.J.A." z 2005 Magiera był mocno obecny (utwory „Moralny upadek", „Fturując"). W kwestiach muzycznych mam do niego pełne zaufanie, podobnie jak do LA. Wiem, że niczego nie spierdolą, bo znają się na rzeczy jak mało kto, właśnie dlatego zdecydowałem się z nimi pracować długofalowo. Bardzo jaram się tym co robią. Mają szeroką gamę inspiracji, co przekłada się na różnorodność, bo przecież współpracują z wieloma raperami na stałe, w tym również ze mną. Dlatego jest mi bardzo miło, że to ja pierwszy zrobiłem z nimi pełny, równorzędny projekt. To mój pierwszy album podpisany moją ksywą i ksywą producentów (RPS/WHR).
 
Pozostając w temacie albumu „Slumilioner". Kawałek „Defekt Mózgu" - newschool/trueschool. Jesteś przeciwnikiem podziałów w rapie?
– Tak, jestem przeciwnikiem podziałów w rapie, mimo iż z kawałka można wywnioskować co innego. Kawałek jest o podejściu młodych, zresztą nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć o co w nim chodzi. Stosowanie podziałów? „Styl Życia G'N.O.J.A" był dość newschoolowy jak na swoje czasy. Nie był zrobiony na jedno kopyto. Teraz newschool stał się jakimś dyskotekowym obciachem. Masową, odmóżdżającą, komercyjną papką, bez żadnych konkretnych treści. Raperzy chcą być kreatorami mody z nowoczesnym smart fonem i cekinami na bluzie. Pierdolę tego typu jazdę. Nie za bardzo chcę brać w tym udział. W czasie kiedy był boom na South i West Coast to miało to jakieś uzasadnienie, jakiś sens, bo ta muzyka, choć inna od nowojorskich klimatów, była autentyczna i za taką ją uważam do dzisiaj. Starzy wyjadacze nie odpierdalają popeliny. Sam nawijałem pod westcoastowe bity już w 1997 roku i uważam się za absolutnego pioniera tego stylu w Polsce. Wtedy większość podchodziła do tego sceptycznie, a teraz wszyscy chcą robić West Coast lub G-Funk, co na jedno wychodzi. Jeśli ktoś mówi mi, że rap na klasycznych bitach jest już kiepski, znaczy to, że słuchacz prawdopodobnie jest gimbusem, jarającym się popowymi numerami rapperów nagrywających szesnastki za hajs na płyty Justina Biebera. Niech każdy robi co chce i jak chce i słucha czego chce, a ja będę robił to w taki sposób, w jaki sam to czuję. Nie zamierzam negować tego, co robią inni, pod warunkiem, że inni nie będą podważać tego, co sam zrobię. Rap jest jeden. Jeśli ktoś to dzieli na smutnych trueschoolowców i wesołych newschoolowców to być może zachorował na tytułowy Defekt Mózgu (śmiech). Ja dzielę muzykę na dobrą i złą. W tym utworze opisałem kilka zjawisk, które osobiście dały mi temat na utwór.
 
Teraz newschool stał się jakimś dyskotekowym obciachem. Masową, odmóżdżającą, komercyjną papką, bez żadnych konkretnych treści [...]...Peja
 
Bijesz jednak do newschoolu?
– Niekoniecznie. Zwracam tylko uwagę na to co jest chujowe w samej muzyce i działaniach około muzycznych. Dzieciaczki mają teraz nowy flow, stosują przyspieszenia, poczwórne rymy, a nie wiedzą kim jest Rakim. I tacy małolaci nauczyli się ulepszać swoje patenty, bo wychowali się na rapie takich oldschoolowców jak ja i mi podobni a teraz próbują zgrywać lepszych od nas, tylko dlatego, że mieli możliwość rozwoju w oparciu o dwie dekady nagrań po polsku. Bez nas po prostu by nie istnieli, część z nich nawet nie słucha amerykańskiego rapu, dzięki któremu próbowaliśmy powołać do życia własny warsztat. Nie jestem dziadkiem, który pazurami trzyma się tej sceny. Jestem młodym chłopem, który ma nadal dużo do zaoferowania. To ja i mi podobni rozdajemy karty na tym rynku, a nie gówniarze, którym się wydaje, że po pierwszym zarobionym szmalu na płycie mogą się z nami równać. Bez wiedzy i szacunku stają się sztucznym produktem, który chce zdominować rynek, w którym my trzymamy płomyk i jednak nadal nam o coś chodzi. Jeśli będę chciał zarobić prawdziwy szmal, to zajmę się innym biznesem, nie wiem, produkcją nakrętek czy jakimiś usługami dla ludzi, a nie będę wchodził w sektor, który walczy o przetrwanie.
 
Czy przywiązujesz dużą wagę do słów na tyle, by rozliczać innych z tego co nawinęli?
– Bardzo bym chciał, by raperzy nawijający o zasadach sami przestrzegali tych zasad. Często wychodzi to tak, że nawijają o tym jacy chcieliby być, a nie o tym jakimi są. W prywatnych relacjach są często zaprzeczeniem tego co opisują w tekstach. Słuchacz też wielokrotnie może się zawieść, jest wiele plotek w sieci, a w każdej plotce jest jednak ziarenko prawdy. Szczytem hipokryzji jest sytuacja, w której jeden raper dissuje drugiego, a potem jak się zobaczą, to zbijają piątki i pozują do zdjęć. To jest dramat. Jeśli ktoś jedzie na danego wykonawcę w prywatnych rozmowach lub dedykuje mu linijki, a w bezpośredniej konfrontacji bije z nim piątkę, to jest fają. Zero konsekwencji. Zwyczajny brak jaj. Problemy często biorą się z niedomówień. Raperzy to często drobne pijaczki o rozbuchanym ego, którym dużo się wydaje kiedy siedzą w otoczeniu swoich ziomków. A jak przychodzi co do czego i trzeba się skonfrontować to często tacy delikwenci kulą ogon. Uśmiechają się, mówią „no co ty" czy coś w tym stylu, „nie no stary to nieporozumienie" lub „musiałeś to czy tamto źle zrozumieć, masz błędne informacje", „może się napijemy i wszystko wyjaśnimy". Jest kilka osób, których nie szanuję i w konsekwencji nie lubię, i nie słucham, ale jest też kilku takich, których nie darzę sympatią, ale szanuję, bo wiem, że pomimo braku wspólnego języka, gość wydaje się być w porządku. Bo miałem okazję go poznać z tej jego lepszej strony. W zasadzie im znasz mniej człowieka, tym bardziej go szanujesz. Coś w tym jest.
 
Peja portal1
 
A jak z tekstami? Czy raperzy powinni nawijać tylko o tym co faktycznie przeżyli lub widzieli?
– Oczywiście, że nie. Lubię płyty członków Wu-Tangu, którzy wymyślają koncept albumy i wcielają się w rolę jakiegoś kolesia. W tym jest potencjał, intelekt, tego typu storytellingi są świetne, tak samo jak robisz muzykę do filmu i nawijasz o byciu gangsterem, bo wchodzisz w rolę głównego bohatera. Dystans jest tutaj ważny, to jakaś artystyczna propozycja, kanon sztuki. Tak samo w drugą stronę, jeśli jesteś reprezentantem ulicy i przekazujesz autentyczne treści, bo jest to dla Ciebie najbardziej istotne, musisz się liczyć z różnymi konsekwencjami. Dokumentując swoje życie i działania ryzykujesz, że ktoś na Ciebie doniesie albo weźmie Cię pod lupę, ale jeśli chcesz się pokazywać właśnie z takiej strony, to zaryzykujesz, bo taki po prostu jesteś i nie będziesz udawał. Wtedy z całą pewnością nikt nie podważy twojej autentyczności. Ale dla psów będziesz już tylko rapującym przestępcą, a nie rapperem podejrzanym o dokonanie przestępstwa. Dla mnie tacy weterani jak Ice-T czy Cube są nadal autentyczni jako ludzie i artyści, nieważne ile ten drugi nagra filmów, dla mnie zawsze będzie skurwielem z Compton. Nie ma na to wpływu nic innego, jak ich twórczość i ta autentyczność, która z nich bije.
 
Powiedz mi, czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że Peja musi rozpychać się łokciami, by nikt nie strącił go z jego miejsca na scenie?
– Pierwsze słyszę (śmiech). Bo po pierwsze: ja się nie rozpycham, bo nie muszę. Po drugie: uważam, że i tak jestem gdzie indziej niż znaczna część tej sceny. Ten boom na Rycha sprzed lat zrobił całą robotę i choćbym nic potem już nie zrobił, co nie jest prawdą, ludzie i tak będą mnie kojarzyć. To trochę i przekleństwo, i błogosławieństwo. Bo są tego złe i dobre strony. Dobre, bo sprzedaję dużo płyt i nie narzekam na brak koncertów. Złe, bo czasem nie mogę dokończyć zupy w knajpie, bo ktoś stoi mi nad głową i prosi abym przerwał posiłek w celu zrobienia zdjęcia (śmiech). Złe, bo potem znajdą się tacy, którzy twierdzą, że mam za łatwo, dobre, bo niczego nie muszę nikomu udowadniać, robię swoje i cieszę się z komfortu własnej pracy. Ludzie lubią dorabiać różne teorie, że się kończę, bo się starzeję, bo jestem długo na rynku itd. Bo nie bywam w TV, radiu – to przede wszystkim teoria sezonowców, którzy odpadli właśnie przed laty, nie doczekali się kontynuacji „Głuchej nocy" (śmiech). Sam wskazałem ludziom jak długo jestem na rynku, nie boję się mówić o moim wieku i stażu scenicznym, nie będę się w desperacki sposób odmładzał. Do pewnego momentu jesteś chłopcem. Później stajesz się mężczyzną, gdzieś po trzydziestce stajesz się facetem. Nie wie tego ten, który ma smarki pod nosem i dla niego rzeczywiście jestem starym dziadem. Tymczasem teraz jak nigdy przedtem mam bardzo wiele do zaoferowania. Właśnie wydałem świeży, ciekawy krążek, z logicznym przekazem. Z kim miałbym się niby rozpychać? Najpierw musieliby mnie co poniektórzy dogonić. Nadmienię, że nigdy się kurwa z nikim nie ścigałem, nie cierpię na medialną biegunkę, nie muszę pierdolić kocopołów na temat innych i desperacko czekać, aż zacytują mnie na portalach, żeby dostać potwierdzenie swojej żałosnej egzystencji w tak zwanych mediach. Takie podchody zostawiam tym wszystkim żałosnym pizdom, które uskuteczniają tego typu akcje dzień po dniu. Uzależnieni od bycia, choć często ten byt jest gówniany. Kto miałby mnie niby dogonić? Spełniony artysta z mojego rocznika na pewno nie myśli w tych kategoriach, myśli podobnie do mnie, jest świadomy swojej pozycji, wartości, dorobku, stażu, to że jest marką samą w sobie, jest bezpieczny, nieskrępowany, niezależny i pozbawiony frustracji, skupiony na swoich planach, pracowity i konsekwentny. A więc kto? Pierwszoroczniak? Rookie, któremu udało się zrobić pierwszą Złotą Płytę? Spoko, niech próbuje, ja nie zamierzam go zniechęcać. Jeśli chce zająć moje miejsce, niech próbuje. Niech zrobi kolejne 10 złotych płyt. Niech zagra kilka tysięcy koncertów, zrobi kilka kolaboracji z ekipami ze Stanów. Niech wyjdzie przed 650-tysięczny tłum ludzi zagrać kawałek i nie posra się w gacie. Niech stoczy kilka bitew, tych mikrofonowych i tych na pięści. Niech wyjdzie z różnych opresji. Niech obejrzy jak czytają wyrok w jego własnej sprawie nadawany na żywo na cały kraj w najbardziej mainstreomowej i opiniotwórczej stacji informacyjnej tego państwa. Niech znosi opinie ludzi, którzy nie mają na jego temat żadnej wiedzy, niech z tym żyje, niech broni się przed manipulacją, presją, lękiem i stresem wiążącym się z byciem tym kimś. Niech poradzi sobie z tym wszystkim, z czym ja sam poradziłem sobie na przestrzeni tych wszystkich lat. Niech zachowa autentyczność i nie utraci siebie w pogoni za pieniądzem i sławą, która będzie tylko czekać na jego potknięcie i go wydyma (śmiech). Niech buduje swój fanbase. Niech ludzie za nim pójdą, tylko wtedy będzie miał rację bytu, niech to wszystko wypracuje i będzie z tego dumny. Niech popełnia błędy, niech wyciąga wnioski, niech się rozwija i się uczy. A jeśli w dodatku miał lepsze warunki życiowe przed przygodą z muzyką i fajne dzieciństwo, to niech kurwa bierze wszystko. Niestety, w jeden sezon tego nie ogarnie. Sezon jest zbyt krótki, żeby wszystko zdobyć, na to trzeba lat. Mi zajęło to całe dwadzieścia jebanych lat. Nie ma dróg na skróty, chcesz mnie dogonić? Proszę bardzo. Nie ma problemu. Zapraszam. Jeśli komuś się wydaje, że może wejść na moje miejsce, no to musi jeszcze wykonać trochę roboty. Powtarzam - nie ma dróg na skróty, chyba że na moich plecach. Ale się kurwa napiąłem (śmiech). Bardzo szanuje pracę innych ludzi, potencjał, talent, poświęcenie człowieka dla różnych celów. Zdaję sobie sprawę ze swojej pozycji, zdaję sobie sprawę, że są gorsi i lepsi i ja się staram z nimi nie porównywać – tego się nauczyłem. I nie czuję niczyjego oddechu na plecach. Mam gdzieś taki wers, że gdybym poczuł oddech młodszych kolegów na karku, to na pewno byłby nieświeży. Naprawdę nie muszę i nie zamierzam nikomu nic udowadniać. Może kiedyś miałem obniżoną samoocenę ze względu na DDA, ale pracuję nad tym. Pięć lat roboty uczyniło mnie naprawdę mocnym kolesiem, hejt lub frajerskie niesprawiedliwe oceny już mnie nie ruszają. Sorry, jestem raperem i pewne rzeczy muszę przyjąć na klatę. Jestem kolesiem z ulicy, nie będę płakał z tego powodu, że ktoś mnie nie lubi lub jest złośliwy. Większość ludzi w realu odnosi się do mnie z sympatią i szacunkiem. Dlatego nie ma sensu debatować nad tym co przynosi kolejny dzień w internecie. Swoją wartość oceniam na podstawie tego jak odbierają mnie ludzie w bezpośrednim kontakcie, na ulicy, scenie, w pracy, życiu codziennym, nie anonimy smarujące grafomańskie wpisy. Liczy się tylko żywy człowiek, wszystko inne jest nieważne.
 
Raperzy chcą być kreatorami mody z nowoczesnym smartfonem i cekinami na bluzie [...]...Peja
 
Przez te 20 lat na pewno dużo się zmieniło, zarówno u Ciebie, jak i w rapie. Powiedz mi, czy teraz, kiedy masz ułożone życie osobiste, nagrywanie rapu przychodzi Ci ciężej?
– Oczywiście. Nie będzie już tyle krwi, potu i łez (śmiech). Nie będzie to już takie emocjonalne, bo też emocje we mnie są zupełnie inne. Inne realia. Nie ma powodów do frustracji, do buntu, do uczucia niesprawiedliwości. Choć na świecie jest wiele niesprawiedliwości, zwłaszcza społecznej, nadal to wyczuwam i się przejmuję. Choć osobiście się z tym nie zmagam. Nie czuję się teraz ani krzywdzony, ani wykorzystywany. Wiem, że przeciętnemu Polakowi będzie ciężko się ze mną utożsamić, bo mam naprawdę fajne życie. I nie chodzi o status majątkowy. Wszystko, na co zapracowałem, nie było z założenia podszyte chęcią zdobycia zysku. Może właśnie dlatego mi się udało. Większość ludzi ma jednak dobre podejście, mówią, że fajnie , że ten Rychu, który był takim dzikusem, znalazł swoje miejsce na świecie. Byłem zwierzakiem, który musiał się samodzielnie wiele nauczyć. Nie miałem kolorowo, do wszystkiego musiałem dojść sam, a to nieraz jest bardzo ciężkie bez wsparcia najbliższych, których po prostu zabrakło... To jest mój osobisty sukces, poradziłem sobie z problemami i coś zrobiłem z moim życiem, zmieniłem swoją beznadziejną rzeczywistość. Czasem był to niemy krzyk w stylu „ja wam jeszcze wszystkim pokażę". Nie chciałem czuć się gorszy od innych, niestety często za takiego mnie postrzegano. Na szczęście zmieniłem tę sytuację na tyle, by móc na co dzień odczuwać szczęście. I widzę czasami tych, którzy mieli się za lepszych. Uwierz mi, nie są typami zwycięzców.
 
To trudniej jest Ci teraz robić rap?
– Czasem trudniej, bo te złe inspiracje zawsze mnie mocno nakręcały, to wszystko żyło własnym życiem. Ale dziś mogę przekazać więcej tych pozytywnych rzeczy, słuchacz, który od dawna mnie śledzi, z pewnością to zauważy. I nie zarzuci mi, że robię to samo. Bo dostrzega zmianę, w postawach, w warstwie tekstowej, itd. Nie powie, że to już było. A skoro już było - taki fajny dzisiejszy Rychu, to dlaczego przez tyle lat tak źle o mnie mówili? A może tylko ja tak siebie postrzegałem i wrzucając to do swojej twórczości sam wystawiłem sobie takie CV? Nie można być przez cały czas tym samym człowiekiem. W wieku blisko 40 lat nie będę się zachowywał jak nastolatek. Takie zachowanie i jeszcze inne pokrewne tym gówniarskim mogłem prezentować jeszcze przez dłuższy czas, będąc już pełnoletnim. Ale czy byłem dorosły? I czy wtedy dorosłem do rapu? Skąd niby mam to wiedzieć? Przecież unikałem odpowiedzialności, bawiłem się i prezentowałem najprostsze rozwiązania, drogę na skróty, nawet jeśli w tekstach siliłem się na dydaktyzm. Oczywiście mój wiek nie przekreśla zachowań społecznie nieakceptowanych. Zawsze byłem raczej aspołeczny, więc często i gęsto to ze mnie wychodzi i daje o sobie znać. Nigdy nie zamierzałem być wzorowym obywatelem. Stosowałem zasadę „im gorszy, tym lepszy". Dziś stosuję zasadę „jakim Cię widzą, takim Cię piszą", bo to jebana prawda. Jeśli nie dajesz ludziom powodów, aby źle o Tobie gadali, to nie będą siać fermentu, chyba że ktoś Cię ewidentnie nie trawi. W tej materii najbardziej życzliwi będą tzw. ex-kolesie, przyjaciele i inne jebane przybłędy, którym na co dzień smutno przez stosowanie zbyt wielu porównań. Zgryzota, zawiść i frustra (śmiech). Ale to nie koniec świata. Wszystko idzie przeżyć, wystarczy, że pomyślisz o wartościowych ludziach, których masz przy sobie i nie będziesz skupiał się na tym co złe, na tym co było i na tym co się może dopiero wydarzyć. Zrobiłem numer z Lady Pank na projekt Alibaby i zaczynam tam od wersu: „Czasem wchodzę i czytam tylko regres i komercja, wole regres artystyczny od regresu człowieczeństwa". Nie traktujmy wszystkiego tak śmiertelnie poważnie, również tych negatywnych rzeczy, którymi zarażają nas inni, życie składa się z prostych przyjemności. Człowiek nie jest cały czas szczęśliwy, człowiek bywa szczęśliwy. Ty decydujesz o swoim szczęściu, o swoim losie. Jak się ładujesz w gówno, to się potem nie dziw, że jest źle. Sam robię głupoty i potrafię być skurwysynem, umiem zaleźć niejednemu za skórę i nie odpuszczam. Ludzie najczęściej obwiniają innych za swoje błędy. To tak jak z chlaniem i innymi rzeczami. Nikt Ci nie pomoże, Ty sam musisz sobie pomóc. Często bywa też tak, że ludzie rzeczywiście widzą co innego i jest to prawdą, o której nie chcesz nawet słyszeć, wolisz pójść w iluzję, bo tak jest im wygodniej. Ludzie nie lubią też wygranych, bo przypominają im o ich porażkach. W Stanach jest odwrotnie, nikt nie pamięta looserów. W Polsce wygrany będzie looserem.
 
Na scenie zawsze jest miejsce dla
młodych i kreatywnych...Peja
 
Uważałeś się kiedyś za loosera?
– Raczej za outsidera. Neandertalczyka, który porzucił szkołę i odrzucił wszelkie wartości. Gnoja, który uwierzył, że aby przetrwać w tym złym świecie, bo takim go postrzegał, trzeba zło zwalczać złem.
 
Dla Ciebie osobiście to dobrze, że hip-hop jest głównie obecny w sieci?
–Dobrze, choć dobór newsów naprawdę zniechęca do wchodzenia. Dostępność i szybkość przekazywanych informacji jest ok. Problem pojawia się wtedy, kiedy te mniej wartościowe rzeczy odciągają Cię od tych właściwych. Jesteśmy ludźmi, których próbuje się ukierunkować na tabloidowe doniesienia, zamiast słuchania muzyki mamy śledzić wpisy skłóconych ze sobą artystów. Oświadczenia, sprostowania, sprostowania sprostowań. Niezły ubaw, choć szczerze mówiąc, bardzo rzadko to przeglądam. Najczęściej trafiam przypadkiem, bo niestety ludziska wklejają to gówno namiętnie w komentarze na naszych stronach, chcąc się podzielić takim gorącym newsem. I siłą rzeczy nawet jeśli nie wchodzę, to część tego gówna wdziera się w moje życie. Jest na to prosty sposób. Usunąć link i po krzyku. To jak z reklamami w TV, niby lecą i ryją czachę, a ja nie słyszę kompletnie nic. Potrafię to wyłączyć, bo niby po co mam wchodzić na portale pełne hejtu i złych emocji? Dlatego jedyny hejt, jaki może mnie spotkać, to ten na moich stronach, bo czasem tam sobie wejdę, coś sprawdzę, coś sobie napiszę i coś przeczytam. Jeśli ktoś obraża mnie i moją rodzinę, pizgamy cwelowi ban i po sprawie. Często i gęsto stosujemy tę zasadę w przypadku ekstremalnej głupoty piszącego, niestety jest ich wielu (śmiech). Nie traktuję tego personalnie, ale trzeba takie coś ukrócić. Jeśli chodzi o media internetowe, to przyglądam się im z boku. Nie lubię działania ludzi, którzy napieprzają newsy o niczym, promując się przy tym w żenujący sposób. Oczywiście, można takie działanie zarzucić każdemu, ze mną włącznie. Wczoraj wrzuciłem zdjęcie z rodziną i też mi ktoś może zarzucić, że promuję się na rodzinie, że pod publiczkę, że na niskich instynktach etc. Zawsze może znaleźć się ktoś, komu to nie przypasuje, jak każde inne moje działanie. Nie pozwolę się zastraszyć, więc jeśli chcę korzystać z tych narzędzi, w pełni rozumiem mechanizm, wrzucając coś narażam się na te wszystkie negatywne działania, niezależnie od tego kim bym nie bym i czego bym nie dokonał. Bo te negatywne działania mają jeden, jedyny cel – upierdolić Ci komfort życia, tworzenia, samopoczucia.
 
A jak to wygląda w internecie?
–W sieci, jeśli brzydko komuś odpiszesz, zaraz będziesz chamem i prostakiem. A bycie chamem i prostakiem jest zarezerwowane dla anonimowego piździelca, który chce Ci zrobić krzywdę. On może, Ty nie – taka jest chyba ogólna zasada. Ogólnie chodzi o to, żeby wciągnąć Cię w jałową, bezproduktywną dyskusję, sprowokować do pocisku etc. Druga grupa, to plotkarze, gawędziarze. To grupa tych, którzy niczym paparazzi zadają każde chujowe pytanie oparte na wiedzy z pudelkowych portali, każdą spekulację, sugestię, dodać inwencję własną, to co wyczytał musi osobiście sprawdzić, najlepiej żeby artysta odpowiedział natychmiast, bo on pyta i ma prawo wiedzieć. Zresztą nieistotne jest, co tak naprawdę uważa artysta, ponieważ pytający wie najlepiej. Żyjemy zatem w świecie, gdzie ze wszystkiego należy się publicznie spowiadać. Dostępność artystów jest łatwa jak nigdy dotąd. Oczywiście jest na to sposób, oprócz ignorowania można też nie czytać i nie wchodzić. To daje Ci prawdziwą wolność i szczęście. I to rzeczywiście działa. Nie wchodzę, nawet jeśli ktoś mówi mi, że napisali to czy tamto, chuj mnie to obchodzi. Dopóki sprawa nie będzie miała rangi afery Watergate, wbijam kutasa i nie wchodzę, bo to strata czasu. A mój czas sobie cenię, bo po pierwsze - nie mam go zbyt wiele dla siebie, po drugie - życie bez portali jest naprawdę o wiele fajniejsze. Inna sprawa, że te złe rzeczy są zjawiskiem marginalnym. Ile tego jest? Może z 5%. Ile jest złych wpisów, ile dobrych, ile ciekawych, a ile tych gówniarskich? I kto tak naprawdę ma na to czas? Przecież nie Twój słuchacz, oddany fan, on w tym czasie słucha muzy, nie pisze głupot. Jeśli już chce napisać, pisze najczęściej pozytywne rzeczy. A to marginalne gówno, na którym wszyscy się skupiacie, również Wy, przeprowadzający wywiady, nadal jest mniejszością. Powinniśmy zatem skupiać się na rzeczach istotnych, bo hejt i całe to sieciowe szambo nigdy nie będzie trwałym elementem popkultury... Priorytety nam się rozmywają, bo jesteśmy zapatrzeni w ten cały chłam. Ale dzięki ci Facebooku, dzięki ci Youtube, dzięki ci każda platformo, portalu i każda redakcjo, która próbuje coś publikować, za to, że mam możliwość obcowania z ciekawymi artystami, również z idiotami, również raperami, którzy sami się wystawiają, pizgając nieprzemyślane akcje. W dzisiejszych czasach portale pudelkowe nie muszą na nich polować, bo oni sami podają im gotowe rzeczy, sami się obnażają. Często wielu z nich jaraja się tym, że ich ktoś cytuje, choćby niewiadomo jak głupie to było. Wrzuci post i się jara, że ludzie to czytają i komentują. Wow – żyjemy – mamy feedback. Dramat kurwa.
 
Peja portal2
 
Poza samą komunikacją internet jest też polem ukazywania się muzyki. Nie uważasz, że przez internet cierpimy na nadmiar rapujących?
–Na scenie zawsze jest miejsce dla młodych i kreatywnych. Chwytasz ludzi za serce, masz styl, fajne rymy, metafory, porównania to na pewno ludzie Cię pokochają i nie potrzebujesz do tego specjalnie mocnej promocji. Sam na koncertach wpuszczam chętnych na scenę. Doceniam samodzielność, którą zabija właśnie internet. Zaczynają się jakieś durne rozkminki, w konsekwencji poprawianie, wycinanie, kombinowanie. Nie bójmy się mieć własnego zdania i robić tego, na co mamy ochotę. Jeżeli będziemy brać do serca opinie internautów i portali, to jest po nas. Dlatego ja się gwiazdami internetu nie interesuję. Nie mam czasu, nawet nie przesłuchałem niektórych projektów, na które sam się nagrywałem. Generalnie uważam, że słabi odpadną, a mocni zawsze się utrzymają. Nowi też dojdą i na pewno będą mocniejsi. Trzymam z zaufanymi ekipami. Lepiej się zadawać z mentalnie zbliżonymi ludźmi, z którymi zrozumiesz się bez słów. Lepiej tak niż z kimś, kto w rzeczywistości jest kimś innym i po czasie to wychodzi. Niestety, zawsze znajdą się tacy, którzy udają fajnych i w porządku, a za plecami pierdolą jak potłuczeni. Nagrałem kilka zwrotek na albumy artystów, którym dziś nie podałbym nawet ręki. Nic nie poradzę, taki lajf men.
 
Uważasz się za weterana?
– Nie! Absolutnie. Weteranem to był Ray Charles. Albo Johnny Cash. Nie mam stu lat do chuja (śmiech).
 
Ale mi chodzi o weterana polskiego rapu?
– Myślę, że polski rap będzie miał weteranów za 10-20 lat, bo teraz możemy mówić o weteranach muzyki rockowej, z racji stażu tego gatunku w naszym kraju. Weteran Peja. Jak to w ogóle brzmi (śmiech). „Rychu Peja - 38 letni weteran". Wyobraź sobie, że puszczasz takie info na trasie po np. Stanach i przedstawiasz mnie jako gwiazdę oldschoolu z Polski. Przychodzi taki Kool Moe Dee, czyta ulotkę „38 letni weteran" i zaczyna kwiczeć ze śmiechu kurwa. Weteranem można być najwcześniej po pięćdziesiątce. To moje osobiste zdanie i nie dlatego, że zbliżam się do czterdziestki. Ja mogę być weteranem dla nastoletnich siurków, łapiących dopiero za majka. Ale kurwa jestem po trzydziestce, to raczej młodość, nie starość.
 
Krytykujesz Fryderyki, a co sądzisz o Złotej Płycie?
– Za każdym razem odbiór tego typu nagrody mnie cieszy. To dla mnie informacja zwrotna, ludzie kupili ten album w takim a takim nakładzie. Ktoś chce kupować moją muzykę. To zajebiste uczucie, utwierdzić się w przekonaniu, że ma to wartość również w wymiarze materialnym. Lubię odbierać te płyty. To jak medale dla sportowca, zbieram je i kolekcjonuję...
 
A nie przyzwyczaiłeś się, że osiągasz ten status każdą płytą?
– Przyzwyczaiłem się. Aczkolwiek obniżyły się progi sprzedażowe i jest to o wiele łatwiejsze niż kiedyś. Choć kiedyś też je zdobywałem, kiedy te progi były wyższe.
 
Cieszysz się Złotą Płytą, a krytykujesz Fryderyki.
– Czy krytykuję? Złota Płyta jest od ludzi. Fryderyki przyznaje branża. Sam mam tę nagrodę, ona jest dość kontrowersyjna, bo głosują ludzie z kapituły, którzy nawzajem siebie popierają. Często decydują jakieś znajomości, bo artyści i ludzie branży głosują na to co kojarzą z nazwy, lub na to co im się dobrze według nich kojarzy, ale jak powiedziałem, sam mam tę nagrodę. Nie trzymam go w kiblu jak Kazik Staszewski, żeby już nie mówić o Ostrym. Ostatnio po 10 latach od zdobycia Fryderyka, („Na legalu?" 2001) wypełniłem ponownie papiery i nawet nie dostałem nominacji. Widocznie branża już mnie nie kojarzy i to nawet dobrze (śmiech).
 
Powyższy wywiad ukazał się w numerze listopadowym (7/11/2014) naszego magazynu. Zapraszamy do zapoznania się z całym wydaniem poniżej:
 


Komentarze