UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Artykuły»"Nie wiesz o co chodzi? To weź się kurwa dowiedz..."

"Nie wiesz o co chodzi? To weź się kurwa dowiedz..."


środa, 19 październik 2016 15:39
"Nie wiesz o co chodzi? To weź się kurwa dowiedz..." fot. Bartosz Deja


Kontrowersja - według słownika języka polskiego to termin oznaczający spory, niezgodność i rozbieżność sądów. Wynika z różnicy zdań i nie pozwala na ustalenie jednej opinii. W polskim rapie to słowo zawsze kojarzyło się przede wszystkim z jedną osobą.

>> ZAMÓW PRENUMERATĘ NASZEGO MAGAZYNU OD NR 8, GDZIE NA OKŁADCE ZNAJDZIE SIĘ TEDE i SIR MICHU <<

„Świat zwariował w 23 lata"

Tede od początku swojej kariery najwyraźniej założył sobie, że wszędzie ma go być pełno. Ci, którzy dziś pod tym pojęciem rozumieją wyłącznie obecność w mediach, powinni cofnąć się czym prędzej do drugiej połowy lat 90. i prześledzić chociażby kilka kroków, jakie stawiał wówczas Fiodor na warszawskim, hip-hopowym gruncie. A były one świadome. Deskorolka, flamek, rap, produkcja, freestyle. Nie widziano go jedynie na macie. Jedno jest pewne – XX wiek w wydaniu rapera ze stolicy wykrystalizował wiele opinii.

Większości obecnych słuchaczy TDF-a nie było jeszcze na świecie, więc nie pamiętają nic (i można obstawiać zakłady, że 99% jest ze zgłębianiem historii na bakier). To pierwsza z nich. Kolejna grupa to ludzie żyjący w tamtych czasach, szanujący do dziś zaangażowanie Jacka Granieckiego w kulturę (nawet jeśli obecnie nie podobają im się ruchy z jego strony). Są też i tacy, którzy wraz z premierą „WuWua" zaczynali pierwszą klasę szkoły podstawowej, ale po latach nie przeszkodziło im to w nadrobieniu wszelkich zaległości. Czwarta to podręcznikowy przykład „wychowanków Tedego". Dla nich jest to okres martwy i z premedytacją pomijany. Najłatwiejsi do sklasyfikowania. W ich opinii nie było wspomnianego wyżej „WuWua", nie było 1 Killa Hertz, nigdy nie zostało nagrane „Nastukafszy...", a co więcej, na pierwszym albumie Molesty pojawia się tylko Numer Raz. Nie było wspólnych nagrań ze Wzgórzem, występów u Volta, Bogny Świątkowskiej, na Wspólnej Scenie, czy składance Smak BEAT Records. Żadne z tych wydarzeń nie miało miejsca. Może to wina samego Tedego? W końcu nosił się wówczas w moro, więc i nieświadomie się kamuflował? Tak, to pewnie przez to. OK, jeśli już się uspokoiliście i jeszcze nie wysłaliście nam światłowodem serdecznego „wypierdalaj", usiądźcie i odbierzcie dość czytelny komunikat. Te rzeczy działy się naprawdę. Czy Wam się to podoba, czy nie. Tede naprawdę nagrał „WuWua" wraz z Mariem i Ceubiną. Naprawdę zostało to wytłoczone na kasetach i naprawdę nielegal ten rozszedł się w nakładzie kilkuset sztuk. Istniał 1 Killa Hertz (ale to kwestia dyskusyjna, prawda?). Dziś jeden z kultowych już numerów tego składu można by sparafrazować krótkim – „wyłącz swój komputer, nie masz nic do powiedzenia".

434526319 n

 

Mówi Wam coś hasło „RRX Desant"? OK, trochę się zapomnieliśmy. Nie było pytania. To taka wytwórnia, dziś owiana już legendą, podobnie jak odpowiedzialny za nią (która to odpowiedzialność została po czasie zweryfikowana przez jej reprezentantów, ale to inny temat) Krzysztof Kozak. Katalog tego – dziś byś powiedział – labelu, prezentował się imponująco, a jedną ze sztandarowych pozycji w jego dorobku jest „Nastukafszy...". Po raz kolejny możemy Was zapewnić, że Tede i Numer Raz jako Warszafski Deszcz naprawdę zadebiutowali wraz z początkiem roku 99. Krótko. Materiał ze statusem „instant classic", sprzedaż w wysokich nakładach, niezliczona liczba follow-upów do niego i cutów. Tak, wyszło to na winylu. Naprawdę. Co więcej, za większością instrumentali stoi sam Graniecki. Tak, ten nielubiany i niemający nigdy nic wspólnego z hip-hopem Graniecki. Album ten zamknął pewien etap w karierze Tedego i stanowił preludium do rzeczy dużego kalibru.

Na przestrzeni kolejnych dwóch lat doszło do wielkich przemian i transformacji. Nie tylko do bram kraju nad Wisłą zapukał XXI wiek, rozpoczynający nową erę w dziejach naszej mlekiem i miodem płynącej krainy. Był to ważny czas dla polskiego rapu. Pojawiła się wówczas niezliczona liczba albumów, gdzie prym wiódł nurt uliczny. Tede w tamtym czasie wyrobił w sobie pewną umiejętność, którą opanował do perfekcji. Nauczył się czerpać energię z ludzkiego gniewu. Im więcej jej wytwarzał, tym bardziej pobudzał układ nerwowy u co poniektórych. Pierwsze próby wykorzystania tej – jak się okazuje – broni masowego rażenia notowane są na rok 2001. TDF wraz początkiem nowego milenium postanowił nieco wkurwić środowisko i słuchaczy...

„Namąciłem? To dopiero namącę!"

No i namącił. Ale może po kolei. Mamy początek czerwca, wspomnianego już XXI wieku. Astronomiczne lato majaczy gdzieś na horyzoncie, liczne premiery gier komputerowych skłaniają do siedzenia na dupie przed szklanym ekranem, a wytwórnia RRX Desant jakby na przekór stawia na sport, a konkretnie „S.P.O.R.T" – debiutancki, solowy album TDF-a. Brak cierpliwości sprawia, że swoim materiałem oszukuje on zarówno kalendarz, jak i świat meteorologii, czyniąc pierwszą połowę miesiąca najgorętszym okresem. Pieniądze, prowadzenie „stylu życia, który jest wieczną balangą" oraz wszechobecna bezkompromisowość? Nie, to nie mogło przejść bez echa. Rozstawianie po kątach na Bitwie w Płocku, dissowanie Eldoki, kwitowanie wszystkiego szelmowskim uśmiechem? Idealna recepta na to, żeby Cię kochano. Łysy, odziany w dżinsową katanę Tede nie był jednak nieudolnym prowokatorem. Wszystko było poparte umiejętnościami, niepoprawną pewnością siebie, bezczelnością oraz „kruszeniem jak kredy niejasnych standardów". I to potrafiło wkurwić. A na tym nie poprzestał.

822435741 n

Dwa lata później poszedł za ciosem, dogrywając się gościnnie Natalii Kukulskiej oraz wydając tym razem własnym sumptem dwupłytowy album „Hajs, hajs, hajs". Co więcej, istnieje jeszcze jego wersja demo, która pierwotnie miała stanowić o sile drugiej płyty Granieckiego, ale nie stało się tak w związku z dość niejasnymi okolicznościami. Mniejsza. Oliwa do ognia została dolana po raz kolejny. I to w hektolitrach. Jeszcze więcej pieniędzy i jeszcze więcej zabawy. Sam gospodarz? Jeszcze bardziej bezczelny i po raz kolejny obrzydliwie pewny siebie. Efekt końcowy? Wielkie hity oraz narastające wkurwienie i niechęć do Jacka Gie. Reakcja Tedego? Prosta i czytelna – „nie pasuje coś – morda!". Środkowy palec na okładce nie był dziełem przypadku, tak jak i to, że koniec stycznia może być gorący.

Temperatura na chwilę opadła, by trzy lata później zagotować rtęć w termometrach. Tede w międzyczasie spisał swój „Notes", zaliczając bardzo dobry album. Nagraniową „kropkę nad i" postawił mixtape'ami. Nie obeszło się również bez znaku zapytania. Do dziś nie wiadomo, po co mu były „Bezele". Wskazówki na zegarze przesuwały się nieubłaganie, a kartki z kalendarza sypały się jak confetti, by zatrzymać się na roku 2006. Kolejny album, okres „myllfonienia", powrót bezczelnego dzieciaka z Esende, kończąc na jednym z najlepszych beefów w historii polskiego rapu. Co potwierdził konflikt Tedego z Płomieniem 81? Tylko to, że Fiodor nie jest z pierwszej lepszej łapanki. Co udowodnił po raz kolejny, i udowodni później. Tede w oczach innych raperów? Bananowiec oraz komercyjna, pazerna na pieniądze świnia. Czy też bardziej popularny – wieprz. Z pozoru łatwy cel. Wszyscy jednak zapomnieli, że jest on przede wszystkim MC z krwi i kości, który jak przychodzi co do czego, załatwia sprawy jak na MC przystało. Ci, którzy chcieli nabić sobie punktów kosztem TDF-a, sami zostali wypunktowani. Nic więcej nie trzeba dodawać w tym temacie. Minęły następne dwa lata i po owocnej współpracy z Matheo przy okazji „Esende Myllfon", przyszedł czas na mniej urodzajne porozumienie z WDK. W trzech słowach – nuda, nuda, nuda (tak to czytaj). Piąty album warszawiaka może kojarzyć się z filmem kręconym jednym z pierwszych telefonów wyposażonych w kamerę. Chciałoby się powiedzieć: jaki obraz, taka „Ścieżka dźwiękowa". Sam Tede chyba po czasie zrozumiał, że obniżył tym samym temperaturę do zera, bo za rok poszła ona już mocno w górę.

IMG 9647

 

„Wkurwia mnie to, że wszyscy Jana palą"

Nadszedł czas honoru. W roku 2009 hip-hop zaczął wracać do łask. Jednak mimo że słuchacze nagle zaczęli przypominać sobie o istnieniu gatunku, sprzedaż płyta nabierała tempa, a sale koncertowe wypełniały tłumy, według Tedego scena wciąż była przesiąknięta hipokryzją i zakulisowymi gierkami. Światło dzienne ujrzał „Note2", który nie tylko był rozliczeniem się z grzeszkami polskiego rap-podwórka, ale okazał się preludium do największego konfliktu, który będzie dłużył się jeszcze przez kolejne lata, wciąż nie zbliżając się ku końcowi.

Nadszedł wrzesień 2009. Media w całym kraju zaczęły nagłaśniać aferę w Zielonej Górze, gdzie Peja podczas koncertu nawoływał do pobicia nastolatka pokazującego w jego stronę środkowy palec. Tak rozpoczęło się piekło. Lub dla niektórych – piekiełko. Parę osób zabrało głos, lwia część środowiska nie kwapiła się o żaden komentarz. Jak zareagował TDF? Oczywiście czuł się jak ryba w wodzie – „Styl na Szwajcarię? Żyć neutralnie? Jak tak nie umiem, to nie dla mnie". Nie omieszkał wejść też w konflikt z Liroyem, WYP 3, i co za tym idzie, swoim starym kompanem Borixonem. Nie, nie ma drugiego rapera, który tak często brał na swoje barki paru przeciwników na raz. I nie ma drugiego, który oprócz przeciwników musiał udźwignąć tysiące hejterów z całego serca życzących mu j . Całą aferę ze swojej strony komentował zarówno w kawałkach, jak i w wywiadach, które w tym okresie posypały się lawinowo. Jednak czy jest coś, co napędza marketing lepiej od beefu? Konflikt przełożył się na dyplomatyczne gierki i manipulacyjne zagrania, widoczne po obu stronach barykady.

Podczas gdy scena chciała pokazać jedność, czego efektem okazały się takie posse cuty jak „Bez Granic" i „A pamiętasz jak", TDF postanowił nagrać album dwupłytowy. „Glamrap", i „Fuck Tede", będący zbiorem pokaźnej liczby featuringów. Wtedy też nastąpiło oficjalne zakopanie topora wojennego, zarówno z Eldoką, jak i Pezetem. Zgoda? Jak najbardziej. Pokój? Ok. Dyplomatyczne postawienie ludzi po swojej stronie? Przede wszystkim. . Cały kraj wciąż żył konfliktem dwóch legend, który z czasem zaczynał tworzyć coraz bardziej duszną atmosferę. Na szczęście po okresie duchoty przyszedł deszcz. A dokładniej, Warszafski Deszcz. Powrót do korzeni i wspólna płyta z Numerem dały lekką przerwę od awantur i pozwoliły skupić się na rapie. Bez zasłaniania się statusem legend, z godnym poszanowaniem dla własnej tradycji.

001 WFD fot Alan Kurc

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że Tede nie zawsze należał do raperów, u których beef stymulował do rozwoju. Rozpoczęcie współpracy z Sir Michem było jednym z najlepszych posunięć, na jakie mógł się zdecydować. Bawienie się muzyką i fantazjowanie z każdym możliwym gatunkiem bez wątpienia wyszły mu na dobre. To wszystko jednak wciąż miało posmak radosnej twórczości i nie mogło być traktowane na serio. Wciąż wiele osób stało w kontrze. Nie tyle przez nadmuchiwany beef z Peją, co przez niski poziom tracków. Opryskliwa, szczeniacka maniera, zamknięty krąg tematów i chałturnicze podejście do nagrywania– to wszystko nie mogło przebić się do tych mniej przychylnie nastawionych słuchaczy. W tym modelu zostało też nagrane wespół z Dioxem „Potwierdzone Info", przy którym najlepsze, co można zrobić, to przemilczeć jego powstanie. Tede się skończył – te słowa zaczęły nabierać coraz bardziej wyrazistego znaczenia. Na „Mefistotedes" usłyszeliśmy, że „wrócił syn marnotrawny". Jak się niedługo okazało, nie były to strzały w  powietrze, a po prostu słowa wypowiedziane odrobinę za wcześnie, bo już za rok scena zastygła, a wiele osób musiało odszczekać swoje słowa.

„Patrzcie na swoje gówno, taki mam life i dajcie mi żyć nim"

Nadchodzi marzec 2013. Fale oklasków, huragany okrzyków i serie strzałów od przybijanych piątek wydają się nie mieć końca. Przyczyna jest jedna – Tede bangla. „Elliminati" okazuje się albumem hitowym, świeżym i kompletnym. Ten materiał, pełen klasy i stylu, rozpoczął niesłabnącą hossę na akcjach TDF-a. „Kurt Rolson" dodatkowo potwierdził wzrost formy, a „Vanillahajs", z okładką przedstawiająca rapera robiącego „blessing" na tle Miami, przesłało gorące pozdrowienia zarówno do wszystkich fanów, jak i zagorzałych przeciwników. Oczywiście po roku przyszedł czas na „Keptn" i można przewidzieć o czym będzie bez pomocy czarodziejskiej kuli.

Regularne szpilki w RPS, brylowanie na portalach, kąśliwe uwagi à propos kolegów z branży i ciągłe przypominanie o wykaraskaniu się z branżowego dołka – ile jeszcze? Pewnie póki starczy sił, a tych jak na razie Tedemu nie brakuje. Owszem, można zastanowić się, czy żyłby on bez konfliktów i jak wyglądałby jego obraz, gdyby nie postaci i sytuacje, co do których może stać w kontrze.   Wciąż wypełniając płyty nabojami w kierunku polskiej sceny, pozostawia pożywkę wszystkim wyczekującym na każde jego potknięcie. Choć wielu wrogów ze starych czasów przeszło na jego stronę, jeszcze bardziej umocniła się opozycja negująca każdy jego ruch. Przecież ten bananowy dzieciak z dobrego domu nigdy nie nagrał i nie nagra dobrej płyty. Jednak czy ta opinia jest wiążąca? Na niej też idzie nieźle zarobić. Pozostaje tylko się zastanowić, jak wyglądałaby polska scena, gdyby nie ten jeden znienawidzony i przeklęty Tede. Wciąż przełamujący tematy tabu, z okrutną przyjemnością wymiatający rzeczy spod dywanu. Jedni go kochają, drudzy kochają nienawidzić.

Tak się robi sukces.

>> ZAMÓW PRENUMERATĘ NASZEGO MAGAZYNU OD NR 8, GDZIE NA OKŁADCE ZNAJDZIE SIĘ TEDE i SIR MICHU <<



Komentarze