UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
Jesteś tutaj:Strona główna»Polska»Recenzje»RECENZJA: Kafar - Panaceum

RECENZJA: Kafar - Panaceum


sobota, 14 luty 2015 18:00


Informacje o albumie

  • Data Premiery: 28.10.2014

Biorąc po uwagę to, jak długo Dixoni zabierali się za swoją drugą płytę, można przypuszczać, że etos pracy Kafara przy solowym debiucie był podobny. „Panaceum" to wiele sprzeczności, tworzących amplitudę formy rapera. Jeśli natomiast członek Dixonów rozpoczął pracę nad nowym albumem od razu po skompletowaniu materiału na „OZNZ", to również będzie to pewnym uzasadnieniem. Obok numerów, które mają potencjał stać się klasykami nie tylko wśród słuchaczy ulicznego rapu, pojawiają się też typowe zapychacze, tematycznie i stylistycznie żywcem skopiowane z twardych dysków większości uliczników w tym kraju.

Po mocnym uderzeniu PRO8L3MU w zeszłym roku w najbliższym czasie raczej nie powinniśmy spodziewać się podobnej świeżości w ulicznym nawijaniu. I choć takiej świeżości Kafar nie zapewnia, to stosunkowo często wznosi się ponad narzuconą sobie stylistykę, na wyżyny swoich możliwości, jak chociażby w kawałku z Ostrym. Piękny sampel został przez RX'a wykorzystany optymalnie, choć mało brakowało, a bit stałby się kiczem. I takiego ryzyka chyba Kafar potrzebował, bo pełna szczerości zwrotka do „Rany, która się nie goi", to jedna z najlepszych na płycie. Być może warszawiaka motywują goście, bo podobnie jak w numerze wyżej, sprawa ma się w przypadku featów z Ero, Bezczelem, Kędziorem, Kartkym czy Bonusem, choć i tak nie na tyle, by nad nimi górować. Również nie tak najgorzej gospodarz wypadł w kawałku „Świat nie znosi pustki", choć w tym przypadku został totalnie przyćmiony przez wokalistkę Sowę, gwiazdę spadającą niestety, bo biedna trochę się zestresowała.

Kafar próbuje nieco ocieplić swój wizerunek weselszymi samplami, jak np. w „Cenie marzeń" czy w „Lilium inter spinas". Jednak obok całkiem przyjemnych, przyzwoitych numerów wciąż pojawia się klepanie ulicznych frazesów w niczym niewyróżniający się sposób. Znów trzeba uważać na konfidentów, na tych, „którzy usłyszeli szelest", na damy bez serc, narzekać na szarą polską rzeczywistość i tak dalej, i tak dalej – scenariusz jak przy większości ulicznych wydawnictw. Pojawić musiały się także storytellingi, z tym najgorszym na czele w „Idzie życie", przypominającym opowieści rodem z polskich paradokumentów. A szkoda.

Tytułowym panaceum ma być mocny, bezkompromisowy rap, którego na dobrą sprawę na nowej płycie Kafara niezbyt dużo. Trochę to wszystko się rozmienia. Treści nasiąknięte prostym, ale szczerym przekazem mieszają się z numerami, pod którymi równie dobrze mogliby podpisać się inni. Mało tu osobistych przeżyć, indywidualnego spojrzenia, a więcej populizmu. Całkowicie niepotrzebne okazały się także remiksy – nudne, ustępujące oryginałom. Oby więcej stanowczości będącej domeną tej odmiany, a będzie lepiej, szczerzej, bardziej autentycznie, bo na ten moment po najmniej asłuchalnym Dixonie można spodziewać się więcej.



Komentarze